Kto jest ojcem Pablito?

Autor: Miss Nice
24 marca 2012

Wiedzcie, że coś się dzieje. Coś, co zaczęło się nie wiadomo kiedy i praktycznie nie ma końca. Reguły są takie, że wszyscy powinni w tym uczestniczyć. Ja nie chcę. Nie mam ochoty, choć wszystko mogłoby wskazywać na to, że powinnam ją mieć. Jakieś wymoczki w telewizji, reklamy w internecie, głosy w radiu – wszędzie zostało już ustalone: trzeba. Ale ja nie chcę. Ja rozumiem, że jak czegoś potrzebuję, to jestem w stanie własnoręcznie pofatygować się do sklepu i to kupić. Ale po cholerę mi coś, czego zupełnie nie chcę? Ale oni mi to chcą wcisnąć, wmówić, że to jest niezbędne! Mnie to jeszcze nie przygniotło, wciąż oddycham. I czuję, że jest coraz trudniej. Za dużo tego wszystkiego. Bardzo ładnie, panie Postępie, bardzo ładnie. Długo pan mówił. Pięknie. Siadaj, dwója.

Ot, i znalazł się babsztyl, co to na rozwój technologiczny śmie narzekać, a miałby trudności z odróżnieniem karty graficznej od spleśniałej drożdżówki. Wszystko jest świetne, ale trzeba uważać, by nie przesadzić. Bo ja się cieszę, że to wszystko coraz tańsze, że w sklepach dużo akcesoriów jest. Ale zastanawia mnie, kiedy nadejdzie taki moment, że cena danej rzeczy będzie nie „coraz niższa”, a po prostu „ostatecznie niska” i „ostatecznie adekwatna” do konkretnego produktu – na tyle, że będę mogła kupić nową komórkę bez wahania, czy ona się przypadkiem za pół roku nie przeterminuje. Bo, jak na razie, czaję się z zakupem od dawna. W końcu, skąd mam wiedzieć, czy za dwa tygodnie Chińczyki nie wypuszczą czegoś jeszcze nowszego, co mi się bardziej opłaci kupić, niż gdybym miała nabywać to, co teraz jest dostępne.
 
Ten postęp działa na mnie wręcz odwrotnie niż jest to zamierzone przez producentów – zamiast kupować coraz to nowsze modele urządzeń, ja stoję z boku i patrzę , a to po prostu zniechęca mnie do jakichkolwiek zakupów. Widzę młodzież, szczególnie podatną na te, ekhm, nazwijmy to: najnowsze zdobycze technologii, szalejącą za tym. Mnie także można zaliczyć do młodzieży, więc tym bardziej się dziwię, że im to potrzebne. Bo mi akurat nie. Ja chcę TELEFON do DZWONIENIA, a nie jakieś turbosuperlaptopobombastycznieodkurzaczowate urządzenie wielofunkcyjne. Ale moje wymagania są widocznie zbyt wygórowane, bo teraz łatwiej znaleźć igłę w stogu siana, niż ZWYKŁY, dobry, nieprzebajerowany telefon („że co ona chce? Telefon TYLKO do dzwonienia? I co, może jeszcze księcia z bajki?”).
 
Otwieram zwykłą stronę internetową. A tam co? Dusze pragnących zysku producentów napierają na mnie w postaci reklam wysoce debilnych. Kup to, bo tego ci trzeba! – szepczą mi do ucha. Tak szepczą, a jak myślą? „Kupuj, do cholery, bo potrzeba nam twoich pieniędzy”? Nie wiem. Na temat tego, co oni myślą, ja mogę wyłącznie snuć domysły. Tylko dlaczego to nie działa obustronnie? Dlaczego akurat ONI wiedzą konkretnie, że ja potrzebuję kupić  konkretne urządzenie, obejrzeć dany serial, czy wziąć pożyczkę z określonego banku? Czy ja to mam na twarzy wypisane?
 
Wiem, wiem - być może jestem staroświecka z poglądem, że kiedyś tego wszystkiego nie było, a mimo to ludzie jakoś żyli.  Żyli wolniej, więcej myśleli. Mieli więcej czasu dla innych ludzi. Nie było rozwodów z winy facebooka - winny był wyłącznie małżonek. A teraz.... Mam wrażenie, że większość współczesnych poirytowań ma swoje źródło właśnie w technologii. Mamy dużo pracy, a tu gaśnie komputer. Trafia nas szlag. To samo w przypadku mulącego się internetu. Nie mówiąc już o wieszaniu się urządzeń. Pół biedy, jeśli nabuzowany nieposłuszeństwem zdobyczy technologii delikwent wyładuje swoją furię na klawiaturze, komórce, monitorze. Gorzej, jeśli to przejdzie na drugiego człowieka. A wtedy jesteśmy już nie użytkownikami, a zwykłymi niewolnikami maszyn.
 
Aaaa! To brzmi strasznie, wiem. Zawodowi zbieracze nowoczesnych śrubek zaraz zakrzykną: "więcej optymizmu, niewiasto! Takie czasy!" Tyle że ja naprawdę nie wiem, dokąd to wszystko zmierza. Technologia ma nam ułatwiać życie, a nie je komplikować. A tu, gdzie nie spojrzysz, w domu, w zakładach pracy, w toalecie, komputery - z którymi osoby mniej obeznane w temacie mają NAPRAWDĘ spore problemy. Całkiem sporo jest ludzi, którzy uważają, że wygodniejsza byłaby dla nich papierkowa robota i ręczne uzupełnianie dokumentów niż ślęczenie i przeklinanie nad systemem, który  w teorii taki dobry miał być, a w praktyce co rusz płata figle.
 
Czy można się przed tym jakoś obronić? Jeśli chodzi o irytowanie się komputerami w pracy, to chyba tylko głębszymi oddechami tudzież herbatką z melisy. A jeśli o pogoń za zdobyczami techniki, to owszem, można - przede wszystkim nie robiąc z siebie idioty, który bezwzględnie MUSI kupić sobie nowy gadżet, bo jak nie, to zginie. Od tego jeszcze nikt nigdy nie umarł. Powiem więcej: na dobrą sprawę to na dłużej niż na kilka chwil nie uszczęśliwiło jeszcze nikogo. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach jesteśmy w pewnym stopniu uzależnieni od innych, od tego, jak nas postrzegają, z czym oczywiście wiąże się problem, jakim modelem komórki wywijamy innym przed nosem. Dla mnie to jest bez znaczenia. I święcie w to wierzę, że istnieje pewien odsetek ludzi, którzy uważają tak samo jak ja.
 
PS. Wracając do tytułowego pytania - nie wiem, kto jest ojcem Pablito, i nawet mnie to nie interesuje. Ten tytuł był po to, żebyście zainteresowali się artykułem i go przeczytali. Dziękuję za uwagę.
Miss Nice


blog comments powered by Disqus